W przeciwieństwie do lęku fobijnego czy panicznego, który ma wyraźny obiekt, lęk wędrujący mogłabym przyrównać do mgły. Rozrzedzony, rozproszony, bez konkretnego, możliwego do uchwycenia początku i końca, a jednak: pływa, krąży, unosi się w powietrzu.
Budzi się rano razem z nami, towarzyszy przy filiżance kawy, jedzie z nami do pracy, bierze udział w rozmowach, chodzi za nami do sklepu, a wieczorem, gdy chcemy iść spać, siada przy nas na brzegu łóżka.
Gdy przekonujemy się, że nasze obawy dotyczące jakiejś sytuacji czy jakiegoś obszaru np. zdrowia naszych bliskich czy wyjazdu na wakacje nie potwierdzają się, lęk zaczyna”wędrować”, przenosić i przyczepiać się do kolejnego tematu.
Nazywamy go lękiem wędrującym – lękiem wolno płynącym, nieumiejscowionym, bez stałego punktu zaczepienia.
Nie wiemy dokładnie, skąd mógł się wziąć, ale możemy poczuć się tak, jakby nagle wszystko było nim przesiąknięte. Układ nerwowy jest w stanie ciągłej gotowości, ale nie bardzo wie, na co dokładnie ma być gotowy.
Z perspektywy neurobiologii to stan chronicznej, ale rozproszonej aktywacji układu współczulnego. Kortyzol krąży na podwyższonym poziomie, nerw błędny ma utrudniony dostęp do stanu bezpieczeństwa, a ciało pozostaje w lekkim, ale stałym napięciu. Mózg, nie mogąc zlokalizować zagrożenia, szuka go wszędzie – i oczywiście znajduje.
Jakie może być źródło tego stanu? Często (choć oczywiście nie jest to jedyne źródło) jest on czymś, co wynosimy z czasów dzieciństwa, w którym nie mogliśmy doświdczać bezpiecznej, stabilnej, dostępnej nam figury przywiązania, która pomagałaby nam radzić sobie z silnymi emocjami. Gdy nasze uczucia, poruszenia, lęki, potrzeby były bagatelizowane, gdy byliśmy za nie karani lub pozostawiani samymi sobie, układ nerwowy nauczył się, że świat jest nieprzewidywalny, a zagrożenie może przyjść z każdej strony.
W jaki sposób możemy dziś być z tym lękiem?
Na początek pragnę podkreślić, że nie ze wszystkim musimy i jesteśmy w stanie poradzić sobie sami. Są takie kruchości, nadszarpnięcia, pęknięcia, rany, dziury, pustki w nas, których nie da się uzdrowić poza bezpieczną, wystarczająco dobrą relacją: koleżeńską, przyjacielską czy terapeutyczną.
Nie chodzi też o to, niezależnie czy w relacji z samym sobą czy Ważnym Drugim, żeby tego lęku się pozbywać czy móc go wreszcie „przegonić”.
Chodzi o to, żeby przestać z nim walczyć i zacząć go poznawać. O czym tak naprawdę chce nam powiedzieć?
Możemy spróbować zatrzymać się przy nim, przy sobie.
Możemy spróbować nazwać go, gdy rozpoznajemy że się pojawia, że jest: „Ooo, jesteś lęku. Widzę i czuję cię.”
Możemy spróbować łagodnie i bez oceniania nazwać to, co czujemy w ciele („napięcie w klatce”, „ucisk w gardle”, „niepokój w brzuchu”).
Możemy zapytać delikatnie: „Czy jest coś ważnego, co chcesz mi, lęku, powiedzieć?”
Możemy dać ciału sygnał bezpieczeństwa – wykonać dłuższy wydech, spróbować opuścić ramiona, rozluźnić szczęki, potrzymać głowę, oprzeć stabilniej stopy na podłożu i przez chwilę skupić się nad oparciem, jakie podłoga nam oferuje.
Możemy znaleźć choć jedną osobę lub miejsce, w którym możemy powiedzieć: „dzisiaj znowu mnie nosi” – bez tłumaczenia się i bez „powinnam już sobie radzić”.
To nie likwiduje lęku od razu, ale może zacząć przerywać wir (który zdaje się nas zasysać) i daje układowi nerwowemu szansę na powracanie do stanu regulacji.
To naturalne, normalne i uwzględniające naszą biologię, naszą konstrukcję i nasze człowieczeństwo, że ścieżka zdrowienia, a może szerzej: po prostu doświadczania, odkrywania, życia wygląda trochę lub bardzo odmiennie u każdego z nas.
Mimo to, a może właśnie dlatego, a może tak pięknie zwyczajnie po prostu, jest tu miejsce dla nas wszystkich.